Mimo że jestem osobą wrażliwą, podatną na wzruszenia, wpadająca też niekiedy w czarną rozpacz, wodoodporny tusz do rzęs uważałam przez lata za produkt tuszoopodobny, nieumywający się do zwykłego tuszu. Wszystkie wodoodporne mazidła, których próbowałam, ze swoimi całkowicie wodonieodpornymi bliźniakami nie miały nic wspólnego. Zamiast pięknego wachlarza rzęs – posklejane dziwadła, zamiast podkreślenia – efekt gorzej niż naturalny, żadnego pogrubienia czy wydłużenia. A ja ubzdurałam sobie, że wodoodporny od niewodoodpornego powinien różnić się tylko swoim stosunkiem do wody. Jeden idzie z nią w tany, zabarwia łzy i sprawia, że wyglądam jak ostatnie nieszczęście, drugi pokazuje język wszechoceanowi i spuszcza z tonu tylko, gdy do akcji wkracza porządny płyn dwufazowy. Okazuje się, że wodoodporne ideały jednak istnieją.